RSS
środa, 03 czerwca 2009
28 listopada 1988 rok (poniedziałek)

Właśnie szykuję się do spania. Dziwny był ten dzisiejszy dzień. Na rosyjskim miałyśmy sprawdzian, jako bardzo dobre koleżanki pisałyśmy go z Bogusią na spółkę. Też dobrze. Po szkole wycieczka do kościoła na religię. Na religii ksiądz opowiadał o kontaktach między chłopcami i dziewczynkami. Nie wiem, kto go uświadamiał, ale generalnie zrozumiałam, że dziewczynki i chłopcy to dla siebie zupełnie odmienne gatunki, a kontakty między nimi to zło w swojej najczystszej postaci. Tata dziś kupił ekran do slajdów, bo do tej pory rzutnik sprawdzaliśmy na ścianie. Coś nie zadziałało, przezornie wolałam się zamknąć w pokoju, bo jak znam życie, to za chwilę się okaże, że to ja jestem winna wadzie fabrycznej ekranu. Teraz siedzę cicho, żeby nie drażnić lwa, nawet muzyki nie włączyłam. Szkoda, że nie mam słuchawek.

Mama wróciła do domu. Pokłócili się o jakieś wydatki, bo notują codziennie ile i na co wydają. Kiedyś dzięki temu zeszytowi dowiedziałam się co dostanę na gwiazdkę, myśleli, że byli sprytni, bo schowali prezent u sąsiadów, ale ja byłam sprytniejsza. Po co oni tak na siebie krzyczą? Zaraz się zacznie, że gdyby nie to, że mama pracuje w sklepie to nic byśmy nie mieli, a tata jest obibok i inne wyrażenia, których nie chcę tu wpisywać. Jak znam życie i tak zaraz wszystko skupi się na mnie.

Nie pomyliłam się. Nie chce mi się już pisać.

00:11, slimline
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 czerwca 2009
27 listopada 1988 roku (niedziela)

Dziś dzień wujkowy. Przyszłą ciocia z wąsem (tak ją nazwałam z racji okazałego wąsika, mój tata powinien jej chyba go pozazdrościć) i ciocia kulomiot (nazwana tak przeze mnie z powodu swojej postury). Z mężami oczywiście. I o oczywiście z wesołym psiakiem o wdzięcznym imieniu Mika, którą mama kazała z miejsca zamknąć do łazienki. Na to nie zgodziła się ciotka z wąsem (wszak to je pies) i obwieściła wszem i wobec, że bez swojego bunciusia (tak oto zwracała się do Bogu ducha winnego Psa) nie może żyć, po czym wypuściła go z łazienki. Tryskający radością bunciuś odbył kilka rund po pokojach naszego mieszkania, za co mama ukarała go ponownym zamknięciem w łazience. Bunciuś został jednak ponownie warunkowo zwolniony przez ciotkę z wąsem, oczywiście ku przerażeniu mojej mamy. Aby załagodzić sytuację do sprawy włączyła się ciotka kulomiot i tym razem ona sama, przerażone już zwierzę, zamknęła w łazience.  Dalej było mniej więcej tak:

- Ciotka Kulomiot z Miką do łazienki,
- Ciotka z wąsem z Miką z łazienki,
- Ciotka kulomiot z Miką do łazienki,
- Ciotka z wąsem z Miką z łazienki,
- Ciotka kulomiot z Miką do łazienki,
- Ciotka z wąsem z Miką. …………….. do domu.

Szybko i oczywiście pokazując całemu towarzystwu jaka jest obrażona ubrała się, wzięła Miko-bunciusia pod pachę i wyszła z naszego mieszkania. Jakoś nikogo to nie zdziwiło, wujka też nie, który żegnając się z nami przepraszającym tonem pognał za swoją połowicą. Ciotka kulomiot z małżonkiem trochę posiedzieli, potem się nami znudzili i poszli sobie. Chyba jednak polubię ciocię kulomiot, bo dała mi w prezencie 100zł. Myśmy z rodzicami postanowili sprawdzić rzutnik. Przed chwilą obejrzałam Sierockiego. Wczoraj udało mi się obejrzeć „Piotra Wielkiego”, ale na kino nocne mi już nie pozwolili. Za tydzień w piątek ma w telewizji lecieć „Powstanie Spartakusa”, a w sobotę „Spotkanie trzeciego stopnia”. Mam nadzieję, że uda mi się obejrzeć. Jutro musze oddać do naprawy magnetofon. Jutro do szkoły na 8.45 bo nie ma godziny wychowawczej, wychowawczyni nadal chora. Jakoś tak za Nią nie tęsknię. Chyba nie lubimy się z wzajemnością. Wprawdzie jeszcze nie idę spać, ale już mówię dobranoc. Nie chce mi się już dziś pisać.

23:45, slimline
Link Dodaj komentarz »
26 listopada 1988 roku (sobota)

Rano ubrałam się, zjadłam śniadanie, spotkałam z Aśką i Bogusią i pojechałyśmy do szkoły na dyskotekę, która zaczynała się o 11 w południe. Po dyskotece pojechałyśmy na trening. A po treningu czekał nas mecz. Przegrałyśmy trzy sety: 15:0; 16:14 i 15:18. Straszny wstyd. Po meczu z Aśką poszłyśmy do kina na „Dzieci gorszego Boga”. Po seansie Aśce przypomniało się, że zostawiła w czasie meczu w Pałacu kasetę, więc wróciłyśmy po nią. W kawiarni Pałacu kupiłyśmy sobie po 3 suche bułki i oranżadę. Teraz jestem w domu. Tata pojechał do miasta po rzutnik, mamy nie ma, jak zwykle jest w pracy. Jutro mamy mieć gości, przyjdą wujkowie. Nie cierpię ich. .Jutro kurs tańca odwołany, także się wyśpięPosłucham sobie chyba Kajagoogoo.

23:27, slimline
Link Dodaj komentarz »
25 listopada 1988 roku (piątek)

Dziś nie chce mi się za bardzo pisać. Przeszłam do kolejnego etapu olimpiady, na 80 możliwych punktów zdobyłam 75. Eliminacje rejonowe dopiero w marcu. Do szkoły zaprzyjaźnieni z nami koszykarze z innej szkoły sportowej przynieśli nam zaproszenie na Andrzejki. Pójdę. Chciałam iść z Asią do kina, ale tata mi nie pozwala. Całą naszą dzisiejszą dyskusję na ten temat skwitował „głupi nigdy się nie pozna”. Jestem smutna…

23:19, slimline
Link Dodaj komentarz »
24 listopada 1988 rok (czwartek)

Uffff, już po wszystkim. Jestem po dzisiejszym etapie olimpiady, chyba przejdę dalej. Dostałam dwa pytania, potem przedstawiłam streszczenie lektury. Jutro wyniki. Dzięki olimpiadzie minęły mnie trzy lekcje. Szok! Do szkoły przyszła dziś jakaś kobieta szukając sprawcy pobicia jej syna. Został pobity do nieprzytomności. No i klops. Sprawcą był mój wyśniony Grzesiek. I to ma być mój bajeczny Książę? Po lekcjach z Aśką Bogusią i Agnieszką poszłyśmy odwiedzić nasza wychowawczynię, która rozchorowała się. Drzwi otworzyła nam nędznie wyglądająca kobiecina, w której po długich chwilach  rozpoznałyśmy naszą wychowawczynię. Wręczyłyśmy jej kwiatki (wytargowane w kwiaciarni z 350złotych na 300zł), oczywiście zrobiłyśmy to dla dobra naszej pani, bo ona podobno nie lubi, jak się na nią dużo wydaje. Zostałyśmy zaproszone do małego pokoju, gdzie dowiedziałyśmy, się że ma ona grypę i bardzi cierpi. Pomogłyśmy jej pocierpieć 15 minut i pojechałyśmy do domów (swoich oczywiście). W moim wszystko po staremu. Stara bida.

23:15, slimline
Link Dodaj komentarz »
23 listopada 1988 rok (środa)

Dziś znowu pamiętnik zabrałam do szkoły i postanowiłam pisać na każdej lekcji. Teraz jest język rosyjski. Właśnie o mało nie dostałam dwói, które dziś przypadły w udziale prawie połowie klasy. Uratował mnie „Straszny Dwór”, w końcu nie było mnie w poniedziałek na lekcjach. Na razie muszę przerwać pisanie, bo zabieramy się za jakąś kosmicznie nudną czytankę. My układamy plan wydarzeń a rusycystka jest w siódmym niebie. Niedługo koniec lekcji. Acha, teraz będzie zabawa. Wywołana do mapy Aśka pod terrorem Wański (tak nazywamy naszą rusycystkę) szuka Tajgi. Wańka góruje. Z wyrazem wielkiej wygranej na swojej czerwonej buźce pokazała nam Tajgę. Lekcja nadal trwa, przez moment zagadałam się z Bogusią. Wańce nie uszło to uwadze i pokazała to wyznając wielką sympatie do mnie tymi oto słowami: „A co, dzisiaj nie ma żadnego koncertu? Ciszej jest jak ciebie nie ma!”. Jakby nie było, zawsze mogłabym być jeszcze głośniej, ale ugryzłam się w język. Znowu ta maślana czytanka. No, dzwonek.

Plastyka, plastyczki nie ma. Standardowo siedzimy same w klasie. Całkiem fajna dziś ta plastyka, choć na moje oko bardziej przypomina muzykę i to wykonaniu 25 obdzieranych ze skóry kotów. ZSBiA ma nowych członków. Łącznie jest nas 9 (tu wymieniam imiona i nazwiska w dzienniku). Może uda się i do naszej partii przyjąć kilku osobników płci odmiennej? Jakby nie było, z mężczyznami bezpieczniej.

Język polski. Dostaliśmy właśnie reprymendę za złe wyniki ze sprawdzianu dyrektorskiego. Tak, jakby to była nasza wina, że nauczyciele niczego nie potrafią nas nauczyć. Dalszy ciąg lekcji nie wymaga komentarza.

Matematyka, nauczycielka wyszła. Opowiadamy sobie kawały. Jeden mi się szczególnie podobał: Wchodzi facet do sklepu i pyta: „Co nowego?”

Teraz jestem w domu i uczę się na jutrzejsza olimpiadę z języka polskiego. Chyba już się zaczynam nią denerwować, serce mi straszliwie wali. Łupu cupu, Łupu cupu idzie kur do punktu skupu – w jakiejś książce to kiedyś przeczytałam i dokładnie moje serce też tak wali jak tej bohaterce. Nie chce mi się już dzisiaj więcej pisać.

23:02, slimline
Link Dodaj komentarz »
22 listopada 1988 rok (wtorek)

No i proszę! Od dzisiaj, jeśli zapytają mnie ile mamy partii w Polsce, bez wahania powiem cztery: PZPR, ZSL, SD, oraz ZSBiA. Niech się dziwią, nie moja wina, że są nieuświadomieni. Od dzisiaj ZSB (Związek Spraw Beaty) przekształcił się z ZBSiA (Związek Spraw Beaty i Asi). Bardzo dobrze! Partia teraz składa się z dwóch członków, a może nawet jeszcze ich przybędzie? Nie mamy jeszcze hasła ani kryptonimu (co to ten kryptonim?), ale już działamy. Też dobrze. Dziś dostałyśmy od szkoły bojowe zadanie. ZSBiA (czyli Asia i ja) miało się wybrać do PKO zanieść rysunki konkursowe na konkurs organizowany przez pocztę oraz wpłacić zebraną w szkole kwotę. Kolejnym zadaniem było odwiedzenie redakcji Dziennika Wieczornego. Zgodnie z poleceniem dyrektorki szkoły Partia  ZSBiA przemieniła się na chwilę w ZSBiA – Holmes i zajęła się ściśle tajnym poszukiwaniem  Redakcji Dziennika Wieczornego. Ponieważ trudno było pracować na własną rękę pomogli nam taksówkarze. Znalazłyśmy i dostałyśmy się do Pani redaktor rubryki „Proszę o głos”. Po krótkim wyjaśnieniu z naszej strony uśmiechnęła się, sięgnęła po kartkę i zapytawszy o nasze nazwiska zapisała je. Ale draka, ZSBiA w gazecie! (nadal mam wycinek z tej gazety – dopisek, który dodałam dla potrzeb blogu). Oczywiście ZSBiA szanując ogólne tradycje „niewidzialnej ręki” postanowiło zasłynąć jako „widzialna stopa” i ku przerażeniu pani redaktor pozostawiło na pięknym dywanie swoje widoczne znaki (padało niestety). W dalszej fazie akcji znalazło się odwiedzenie PKO. Oddałyśmy tam rysunki uczniów w ręce pewnej miłej pani, po czym oddaliłyśmy się, pozostawiając i Ją i innych pracowników w głębokich domysłach, czy  „czarne stopy” istnieją naprawdę (nadal padało).Po powrocie do szkoły zdałyśmy dyrekcji relację z wypełnionego zadania. Niestety, został na nas nałożony kolejny obowiązek napisania plakatu z informacją, jaką kwotę  szkole udało się zebrać podczas akcji. Na gazetce szkolnej zatem przykleiłyśmy plakat, iż zebraliśmy razem 29,960zł na Fundusz Sojuszu krajów Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej (o czy zresztą później napisano w gazecie). W między czasie ZSBiA załatwiła w szkole swoje sprawy sercowe (Asia z Bartkiem, ja z Grzesiem – wszyscy nawzajem powiedzieliśmy sobie: cześć) i pożegnawszy się nasza dwuosobowa partia rozjechała się do własnych domów.


W domu musiałam iść do sklepu sprzedać butelki. Teraz siedzę sama, bo tata poszedł do wujka grać w karty. Słyszę, że do domu weszła mama. Muszę jej powiedzieć o oderwanym pomponie od czapki. Dziś już nie będę pisać.

05:22, slimline
Link Dodaj komentarz »
21 listopada 1988 rok (poniedziałek)

Dziś mimo, iż nadal nie czułam się dobrze poszłam do szkoły. Ale to był wielki i owocny dzień. Na historii pół lekcji nauczyciel męczył nas partiami i konstytucjami, po czym wyszedł. Z nudów ustanowiłam własną Konstytucję. Zapewne przejdzie do historii pod nazwą Konstytucji 21 listopada. Oczywiście zaplanowałam, że będzie ona, jak wszystkie konstytucje ustawą zasadniczą, według której rządzi się (w przypadku mojej Konstytucji niestety nie państwem, do tego jeszcze nie doszło, ale mam nadzieję, że wkrótce dojdzie) rozkładem dnia ucznia. Konstytucja 21 listopada, jak wszystkie konstytucje składa się ze wstępu, rozdziałów i artykułów. Jak przystało na prawdziwą konstytucję, wstęp mówi o przykrościach jakie by były, gdyby owej Konstytucji 21 listopada nie było, poza tym o celach, jakie uczeń realizuje oraz dokument ten też ustala zasady prawne lekcji, której podstawę powinien stanowic Sojusz uczniowsko-pedagogiczny. Rozdział I – ustrój główny – zadaje pytanie, kto powinien sprawować władzę nad rozkładem dnia ucznia i od razu odpowiada na to pytanie – powinien to robić sam uczeń. Rozdział II, tak zwany średnionaukowy, opart jest na wszelkich wkuwanych programach nauki, których podstawą jest socjalistyczny system tracenia głowy. Artykuły zaś zawierają informacje o poszczególnych organach władzy uczniowskiej i jej obowiązkach. Zakończenia jeszcze nie opracowałam, bo nauczyciel wrócił do klasy. W czasie jego nieobecności założyłam również własną partię, tajną zresztą o dumnej nazwie ZSB – Związek Spraw Beaty, której to partii zadaniem będzie zapobieganie uciskowi ucznia przez nauczyciela. Na razie partia składa się z jednego członka, czyli mnie, ale liczę na więcej. Musze oczywiście jeszcze wymyślić hasło i kryptonim (nie wiem co to jest kryptonim, ale wiem, że musi być). Tyle wyniosłam z dzisiejszej lekcji historii w szkole.

A teraz wiadomości z dnia. Byliśmy dziś z wycieczką w fabryce „Pasamon”. Dostaliśmy w prezencie od pracowników paski, dokładnie takie same mam przy plecaku. Nas niestety nie zadowoliła taka hojność i zaopatrzyłyśmy się z Aśką (raczej nielegalnie) w karteczki od cen i metalowe kółko, które i tak łaskawie i uczciwie zwróciłyśmy (nie miałyśmy pojęcia co to jest), kładąc w nieco inne miejsce, z którego to kółko zabrałyśmy, ale jakby nie było, ta cenna rzecz, czymkolwiek nie była, pozostała w zakładzie. Oj bardzo nam się tam podobało, bo lekcje leciały, a co się z tym wiąże przepadały. Potem poszliśmy z Samorządem na operę „straszny Dwór”. Nie napisze streszczenia, gdyż na operze byłam tylko ciałem, a myślami poszłam sobie na spacer. Opera była długa, nie byłam ani na chemii ( a była klasówka) ani na historii (tam też była klasówka). Stwierdziłam, że lubię opery, dobrze działają na klasówki.

W domu mordowałam blok i pisaki starając się stworzyć coś, co przypominałoby plakat na dyskotekę szkolną. Przed chwilą dzwoniła Bogusia, mówiła, że pisze powieść. Ja też coś pisze, ale na razie o tym sza! Teraz jestem bardzo zmęczona, zaraz położę się spać. Od jutra przystępuję do wprowadzenia w życie mojej Konstytucji 21 maja. ZSB – trzymaj się.

02:12, slimline
Link Dodaj komentarz »
20 listopada 1988 rok (niedziela)

Dziś cały dzień przeleżałam w łóżku. „Zaboliełam”, jak powiedziałaby na pewno nasza rusycystka, zresztą nigdy nie poddająca się kobieta, całkowicie oddana krajowi rad, i w związku z tym ma zaszczyt nas maltretować językiem rosyjskim trzy razy w tygodniu. Nie uczę się dziś zbytnio. Jutro ze szkołą idziemy zwiedzić fabrykę „Pasamon”, zaś potem pogonią przedstawicieli samorządu uczniowskiego na operę „Straszny dwór”. Jako przedstawiciel sekcji plastycznej „Straszny dwór” spotka zaszczyt mojej łaskawości i silnej woli. Ale w sumie też dobrze. Obejrzałam „W Kamiennym Kręgu”, Satelitarną, Wuzzle i jeszcze bym coś obejrzała. Poza tym dokonałam dziś niebywałego odkrycia. Moje przedpotopowe radio nadaje się tylko do wywalenia na zsyp. Swojego Radmora i Damy PIK tata nie pozwala mi dotykać. Chyba się rozchoruję. Włosy mam tłuste jak smalec, ale moja kochana rodzinka kategorycznie zabrania mi ich umyć, z powodu choroby oczywiście. Ich sprawa. W sumie jednak zawsze wydawało mi się, że charakter, kultura i WYGLĄD dziecka jest obrazem jego rodziców. Bardzo boli mnie głowa.

No, jednak dostałam tą łaskę i mogę iść się wykąpać.

01:50, slimline
Link Dodaj komentarz »
19 listopada 1988 rok (sobota)

Sobota powinna być dniem odpoczynku, ale ja tego niestety dziś nie odczułam. Rano obudziłam się niewyspana. Obejrzałam teleranek i ponownie poszłam spać. Rodzicie pojechali do miasta, przyjechali po trzech godzinach. Kiedyś gdzieś w jakiejś książce przeczytałam, że każdy dom to wielki garniec mleka, a u bohaterki tej książki właśnie to mleko kipiało. U mnie dzisiaj nie dość że kipiało, to jeszcze zastanawiałam się, czy ktoś ten garnek z kipiącym mlekiem zdąży odstawić z ognia zanim się spali i mleko i garnek. Po długim czasie kłótni rodziców, nie chodziło już nawet o ten garnek i mleko, ale i o całą kuchenkę. Nie starałam się wsłuchiwać za bardzo, czego dotyczyła awantura. W końcu nastała cisza. Prababcia miałam mieć w szpitalu amputowaną nogę, więc ubrali się i pojechali do szpitala. Mnie nie chcieli zabrać. Dostałam w prezencie książkę pod tytułem „Ten dziwny świat dorosłych”. Czytam ją. Taka sobie. Reszta była „normalna”, nie warta komentarza.

Smutno mi

01:40, slimline
Link Dodaj komentarz »
18 listopada 1988 rok (piątek)

Jestem w domu. Zmęczył mnie ten dzień. Uff, wreszcie dwa dni wolnego.

W szkole najpierw cotygodniowy apel, stanie w rzędach i składanie przed wszystkimi raportu o klasie, nie cierpię tego robić, ale w końcu jestem przewodniczącą naszej klasy. Na apelu jak zwykle mówienie o niczym. Wymyślili nam krawaty, które mamy nosić do białych koszul w trakcie apeli. Po apelu pół szkoły poszło do kina na „Krzyżaków”. Wyruszyliśmy zatem do kinoteatru, budząc po drodze swoim zachowaniem ogólne zaciekawienie przechodniów. Podobnie było w autobusie. Przy kinoteatrze, ku zmartwieniu wychowawczyni z grupa koleżanek z końca pochody przeszłyśmy do czołówki. Ale był ścisk! Biedne kino musiało pomieścić trzy szkoły. W czasie seansu miałam straszny problem „widzenia”, czyli całkowitego objęcia wzrokiem ekranu. Nie pozwalam mi na to osobnik siedzący przede mną. I nagle rozpoczął się film. Na głównym planie pojawił się Zbyszko (i pomyśleć, że chyba z cztery lata temu mdlałam z miłości do niego, bo jakby nie było większość z nas widziała już „Krzyżaków” parę razy, oczywiście zawsze idąc na seans ze szkoły. Podkreślam, że zawsze z tej samej szkoły, chyba nauczyciele nie mają innych pomysłów). W czasie filmu zauważyłam, że my uczniowie potrafimy tworzyć tym co robimy wspaniałe kontrasty do filmowych scen. Na ekranie Jurand traci język, na widowni trening wesołych efektów wzrokowo-dziękowych, na ekranie Danuśka przechodzi do świata umarłych, na widowni faluje śmiech setek gardzieli. W sumie to wszyscy bardzo przeżywali każdą scenę w filmie. Na przykład, kiedy księżna zapytała Danuśkę, czy chce wyjść za Zbyszka a białogłowa odpowiedziała „chciałabym”, jednak bardzo cicho, widzowie postanowili pomóc niebodze, kierując do księżnej pieśń „Formacji Nieżywych Schabuff”: drąc się zgodnie (co zapewne miało być śpiewem: „Chciałabym, chciała”. Wątpię, żeby filmowa Danuśka nie usłyszała, choć dziwię się, że już w tym już momencie nie zeszła na zawał. Jak to zawsze bywa, jak chodzimy szkołą do kina szukaliśmy w filmie „filmowych figlów”. Ja wprawdzie tego nie zauważyłam, ale inni twierdzili, że przy wielkiej uczcie jeden z rycerzy krzyżackich miał na nogach….kapcie, normalne domowe laczki. Będę musiała to sprawdzić za rok, jak znowu pójdziemy na ten sam film. Generalnie seans był dobry. Wspaniale poucinany, bardzo niewyraźny obraz filmu cieszył oczy widzów, podobnie było z dźwiękiem. Po seansie oczywiście powrót do szkoły. Tam wspaniała wiadomość, jesteśmy zwolnione z następnych lekcji. Teraz jestem w domu. Za chwilę w telewizji obejrzę „Kleopatrę”. Tym razem nikt nie będzie tworzył dodatkowych efektów dźwiękowych. Też dobrze.

01:31, slimline
Link Dodaj komentarz »
17 listopada 1988 rok (czwartek)

Do szkoły poszłam wesoła mimo kataru. Czuję, że zachoruję. Nos mi ciąży jak gaśnica, mogłabym nim gasić pożar, choć i dotąd do małych nie należał. Biologia przeszła bez większych chmur. Podobnie było z chemią. Potem, jak co dzień siatkarski trening, po treningu powrót do szkoły, język polski i stało się! Nieszczęście!! A właściwie dwa nieszczęścia! Nawet nie wiedziałam, że w klasie tak szybko doczekamy się połamańców. Agnieszka ma coś z nogą,  Kaśka ma coś z nogą, na to wygląda, że tylko ja mam coś z głową. Ale to i tak było szczęście w nieszczęściu. Poszłam z Agnieszką na pogotowie, mimo iż zostały mi jeszcze trzy lekcje. Chciałam się spóźnić na wszystkie, ale nie udało się. Ale było, nie było zrobiłam w końcu dobry uczynek Idąc na pogotowie, starałyśmy się znaleźć miejsce zamieszkania Grześka (okazało się w drodze na to pogotowie, że z nogą Agniechy nie jest aż tak źle). Nie znalazłyśmy w końcu bloku Grześka. I gdzie my, znaczy ja i on, będziemy mieszkać w przyszłości? Co ja gadam, chyba mi padło na mózg. Odprowadziłam Agniechę na autobus i teraz siedzę w szkole. I piszę dziennik. Jest właśnie matematyka, w zasadzie to powinna być matematyka, ale matematyczka wyszła. No to teraz opisze teraz co widzę na tej matematyce. Majka, Renata i Jadźka bawią się prawdopodobnie w Indian, nie znam bowiem innej zabawy, której towarzyszyłyby takie efekty dźwiękowe. Aśka i Monia mordują klasową gazetkę, a Ola pokazuje wszystkim, jak bardzo ma nierówno pod sufitem. Jolce wyparował zeszyt, Bogusia dzieli cukierkami, w ukryciu zresztą, na co łaskawie patrzy Marta i niczym lisek Chytrusek kręci się wokół Bogusi zawzięcie. W sumie dziś wyjątkowo tylko ja jestem spokojna. To znaczy prawie spokojna. Zastanawiam się właśnie, kto wpadł na pomysł, by wymyślić żeńskie klasy? Ja rozumiem, że jesteśmy klasą sportową, ale to chyba nie wpływa na nasz rozwój psychiczny zbyt dobrze? Inne klasy w naszej szkole mają chłopców u siebie, nas wyjątkowo skrzywdzono.

Teraz jestem w domu. W ogóle wyjątkowo jest jak być powinno. Przyszedł wujek, gra z tatą w karty. Idę oglądać Mapety.

01:07, slimline
Link Dodaj komentarz »
16 listopada 1988 rok (środa)

Do szkoły i ze szkoły szłam jak chmura gradowa. Nawet lekcja rosyjskiego nie była dla mnie jak zwykle komiczna. A niech to! Na w-fie koszykówka, koszykówka i jeszcze raz koszykówka. Do znudzenia. Po lekcjach poszłyśmy z dziewczynami na mecz hokeistów. Przyznam uczciwie, że poszłam na ten mecz jedynie dlatego, że w moje życie wdarł się z nienacka osobnik o tajemniczym i bardzo komicznym nazwisku. Na imię ma po prostu Marcin. Po meczu w drodze do domu starałyśmy się z Aśką stworzyć dialog, wyszedł monolog niestety. Ja słuchałam.

W domu nic się nie zdarzyło. Limahl odkleił się od ściany, więc musiałam pomóc mu tam powrócić. „Lassie wróć” właśnie przeszło mi przez głowę, trudno, są też takie skojarzenia. Ale ja i tak dobrze wiem, że między Limahlem a Lassie jest subtelna różnica). Wszak Limahl jest najlepszym wokalistą na świecie, w moim mniemaniu oczywiście.

00:51, slimline
Link Dodaj komentarz »
15 listopada 1988 roku (wtorek)

Ze szkoły do domu wróciłam zła, jak nie wiem co!! Tak stracić dzień, brrrrr!!!! Co ja właściwie miałam z tego dnia? Nic. Chyba tylko to, że przeszłam do dalszych etapów olimpiady historycznej. Ale poza tym?? Nawet te wariackie przerwy między lekcjami nie dawały mi radości, w końcu ile można chodzić parami w kółko? Coś podobnego widziałam na jakimś filmie o więzieniu, dreptali w kółeczko tak jak my. Tak czy siak podczas tych przerw i tak szukałam królewicza z moich snów. Na próżno. A gdzie tam?!! Albo zrezygnował z piękna poznawania wiedzy i postanowił umysł napełnić krajobrazami geograficznymi Polski, ściślej naszego miasta i wyszedł na poranny spacer, pospolicie i niesprawiedliwie zwany wagarami, albo leży nieszczęsny nieczynny na łożu, owinięty długimi łapami choroby. Osobiście wolałam pierwszą opcję. Niestety, moje „wolenie” nie interesowało Pana Boga i okazało się że Grzesiek jest chory. Tak chory, że nie może nieszczęsny nawet podejść do telefonu. A tu nagle drugi cios!! Przypadkiem dowiedziałam się, że Grzesiek jest daltonistą! Ciekawe, czy to prawda. Oby nie, w przeciwnym razie nigdy nie pochwali mojego czerwonego szalika, a tego bym nie przeżyła.

Zrobiłam lekcje, włączyłam radio i przez pół godziny wpatrywałam się w plakat Limahla. To jest dopiero Apollo! Może w przyszłości będę jego muzą? Byle nie dziewiątą.

00:42, slimline
Link Dodaj komentarz »
14 listopada 1988 rok (poniedziałek)

Skończyły się dwa dni przyjemności, teraz trzeba zmienić tryb życia z szalonego na uczony. Czego się też nie robi dla dobra w przyszłym życiu? Dziś nawet miałam humor. Godzina wychowawcza i część geografii minęły pod pomnikiem Powstańcy Polskiego. Też dobrze. Powiedzieli nam, że w piątek idziemy do kina na Krzyżaków. Świetnie! Mam nadzieję, że mnie dobudzą po seansie. Po szkole spacer do kościoła i religia i ….. awantura. Ktoś włożył plastelinę do dziurki od klucza i ksiądz, delikatnie mówiąc, pokazał nam wszystkim swoje umiejętności sopranowe, barytonowe i basowe. Niezły nawet był w tej swojej złości. A mówi się, że brakuje artystów operowych. Absurd! Z religii wróciłam późno. Szybko zrobiłam lekcje, pouczyłam się i zabrałam za książkę „Jezioro osobliwości:”. Nie powiem, ciekawa. A teraz jestem bardzo śpiąca, bardzo śpią…….

00:25, slimline
Link Dodaj komentarz »
13 listopada 1988 rok (niedziela)

Witaj niedzielo!! Witajcie niedzielne obowiązki!!! Umówiłyśmy się z Bogusią przed blokiem i już idziemy na kurs tańca.

Wróciłam. Oczywiście po drodze spotkałyśmy Grzesia, który nawet na mnie spojrzał. A tak ładnie wyglądałam! I na co się opłaca kobiecie taka maskarada?! Na kursie nic się nie wydarzyło, same powtórki – walc wiedeński, czacza, itd. Trafił mi się doskonały partner, mógłby być moim synem. Sięgał mi do ramion. Trudno, trzeba się przyzwyczaić do takich jak Grzesiek. Teraz za to nareszcie jestem w domu. Nauka, sprzątanie, trochę rozrywki, no i oczywiście o 15.10 dwugodzinna telewizyjna męczarnia w Kamiennym Kręgu z panem Prado, Wirginią i szaloną Laurą. A tak przy okazji to dostać takiego Daniela, to prawdziwe nieszczęście życiowe. Co innego mecenas Prado….. Ale ja wolę Limahla.Teraz jestem zmęczona. Limahl z plakatu uśmiecha się do mnie tak jakoś ironicznie, a może mi się tylko wydaje? Telewizor wyje: „To my Wuzzle”, no nareszcie. Na dziś kończę pisanie.

00:18, slimline
Link Dodaj komentarz »
12 listopada 1988 roku (sobota)

Uff…. Dziś nie trzeba się spieszyć do szkoły, uczyć się. Na niedzielę? Po co? O dwunastej wyruszyłam na mecz siatkówki. Nasze dziewczyny grają z Gedania, wynik w setach 3:1…….. dla Gedanii. Oj żal. Przyjechałam do domu. Rodzice wrócili z miasta i szykują się do babci. Mnie się nie chce jechać. Zostałam. Zrobiłam przegląd plakatów Limahla, jeszcze rok, a każę się z ich ilością zapisać do księgi Guinnesa. Dziś była dyskoteka w Pałacu. Właściwie to wcale mnie obchodzi, bo oczywiście nie było mi dane na nią pójść. A Grzesiek był. Tak beze mnie, a to szelma. Ja dyskotekę zrobiłam sobie w domu, tańczyłam z Limahlem, to znaczy on wisiał, ja tańczyłam. Też dobrze.

Wrócili rodzice. W kuchni wyje czajnik, w pokoju telewizor, a u mnie magnetofon. A życie toczy się dalej. Też dobrze.

00:02, slimline
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2009
11 listopada 1988 roku (piątek)

Jak zwykle wróciłam ze szkoły do domu. Fajnie było! Na polskim mieliśmy istną dyskotekę. Grześ parę razy zajrzał do sali, aż serce mocniej mi zabiło. Jaki on cudny! A jaki wysoki! Ciekawe, czy kiedykolwiek przestanę na Niego patrzeć z góry? Ale cóż, miłość nie wybiera, on może jeszcze urośnie.

Postanowiłam do Niego zadzwonić. No i od razu miałam rodzinną dyskusję z głównym udziałem wszystkowiedzącej mamy.  Z dyskusji owej wyciągnęłam następujące wnioski:

1) kulturalnej dziewczynce nie wypada dzwonić do chłopców

2) kultura przeszkadza dzwonić dziewczynce do chłopców,

3) nie wolno dzwonić do chłopców jeśli się jest kulturalną dziewczynką

oraz

4) …….. była taka i co z tego ma?

5) szybko wyszła za mąż i co z tego ma?

itd. itp.

Amen!!!!!! To już zdecydowane! Idę do zakonu! Chciałam się z tego zwierzyć Limahlowi, ale on jakoś tak jedynie smętnie patrzył na mnie z plakatu.

O, zaraz kolacja, kończę na dziś pisanie. A tak w sumie, to Limahl jest ładny, Grzesiu jest ładny…. Chyba nie pójdę do zakonu….

23:54, slimline
Link Dodaj komentarz »
10 listopada 1988 rok (czwartek)

Po wielu, wielu wstępach kończących się z powodu lenistwa niepowodzeniem zaczynam pisać pamiętnik. Mam na imię Beata i mam 14 lat. Na tym kończę wstęp, bo co tu więcej pisać?

Dziś jest 10 listopada 1988 roku, czwartek. W szkole przeżyłam biologię. Dziś na lekcji byłam zupełnie bezpieczna, gdyż nas, to znaczy Asię i mnie obowiązywała całkowita ochrona związana z przygotowaniami do olimpiady historycznej. Po biologii ubrałyśmy się, obie oczywiście w towarzystwie gentelmana Czarka czekałyśmy co najmniej pół godziny „na nigdy nie spóźniającą się” Funię (tak nazywamy nauczycielkę historii). Wreszcie zaszła. Kiedy dojechałyśmy do szkoły, w której odbywała się olimpiada wszyscy zajęli już swoje miejsca. Wiadomo, nasza buda zawsze musi być ostatnia. Potem podano tematy, rozpisałam się.

Teraz jestem w domu. W poniedziałek wyniki pracy pisemnej. Czy przejdę?

23:43, slimline
Link Dodaj komentarz »
Nastolatka w PRLU

Mam na imię Beata. Na niniejszym blogu postanowiłam zamieścić swoje zapiski z osobistego dziennika, który prowadziłam w latach 88-89. Ponieważ lata mijają, a tusz blaknie mam nadzieję, że w ten sposób zachowam swoje wspomnienia i spróbuję przekazać je również innym (w tekście zmieniłam dane osób i miejsc,  ponieważ nie chciałabym zamieszczać informacji bez zgody ludzi, o których piszę, a niestety po tylu latach kontakt utrzymuję z niewieloma znajomymi  z tamtego czasu).  W przerwach miedzy przepisywaniem dziennika, wpiszę również swoje wierszyki, które napisalam w okresie dzieciństwa i młodości (wierszyki pisałam od 1985 roku). Życzę miłego czytania.

23:33, slimline
Link Dodaj komentarz »
Liczniki na stonę